zuzlowo.pl

Daria Szuba: „Fanką czarnego sportu jestem już od wielu lat”

Daria Szuba jest podprowadzającą Hunters PSŻ Poznań od kilku lat. W tym roku po raz drugi bierze udział w konkursie na Miss Startu Ekstraligi. W rozmowie z zuzlowo.pl rozmawiam z Darią na temat jej stosunku do żużla, o modelingu oraz o jej pracy.

Jak w ogóle trafiłaś pod taśmę startową? To był przypadek, casting, czy od małego byłaś fanką czarnego sportu?

Fanką czarnego sportu jestem już od wielu lat, ale to nie ten fakt sprawił, że znalazłam się pod taśmą startową. Paradoksalnie wszystko zaczęło się od… lekkiego podpuszczania mojej przyjaciółki. Miałyśmy jeden z nielicznych wolnych wieczorów i pół żartem, pół serio powiedziałam, że możemy pojechać na casting do Poznania. Ona jednak podchwyciła ten pomysł i nie odpuściła. Ostatecznie wsiadłyśmy do samochodu i pojechałyśmy. Szczerze mówiąc, nie nastawiałam się na to, że się uda. Traktowałam to bardziej jako fajną przygodę i nowe doświadczenie niż realną szansę na dostanie się do drużyny. Tym większe było moje zaskoczenie, kiedy usłyszałam, że zostałam wybrana i tak z jednego spontanicznego wyjazdu zrobił się już drugi sezon cudownej współpracy z Hunters PSŻ Poznań.

Stoisz milimetry od motocykli w momencie największego stresu. Czy czujesz tę niesamowitą adrenalinę, która bije od zawodników tuż przed puszczeniem sprzęgła?

Zdecydowanie tak, ale u mnie ta adrenalina pojawia się trochę w innym momencie, niż mogłoby się wydawać. Kiedy jestem jeszcze na torze i wykonuję swoje obowiązki, jestem w pełni skupiona na pracy. Wtedy nie ma miejsca na emocje – liczy się koncentracja i to, żeby wszystko przebiegło sprawnie. Największą adrenalinę czuję dopiero wtedy, gdy zawodnicy są już ustawieni pod taśmą, a my schodzimy na murawę. Wszyscy czekają na moment, w którym maszyna startowa pójdzie w górę i przez te kilka sekund czuć niesamowite napięcie. Wtedy mogę już na chwilę odłożyć obowiązki na bok i przeżywać start razem z kibicami. To naprawdę wyjątkowy moment – krótki, ale pełen emocji, których chyba nie da się opisać, dopóki nie zobaczy się tego z tak bliska.

Gdy na torze dochodzi do groźnego upadku, a Wy stoicie tuż obok na murawie – co wtedy czujesz? Da się w ogóle przyzwyczaić do tego ryzyka?

Zdecydowanie nie. Myślę, że do takich sytuacji po prostu nie da się przyzwyczaić, niezależnie od tego, jak długo jest się kibicem żużlowym. Każdy upadek wywołuje ogromne emocje i za każdym razem mam nadzieję, że nic poważnego się nie stało. Bywają sytuacje, kiedy nawet nie zdążę zobaczyć samego momentu upadku i dostrzegam dopiero jego skutki. Ale zdarza się też, że wszystko dzieje się dosłownie na moich oczach. W takich chwilach mam wrażenie, że powietrze nagle gęstnieje, czas na moment się zatrzymuje, a wszystkie dźwięki wokół jakby cichną. Pierwsza myśl jest zawsze taka sama – żeby zawodnicy wstali i wyszli z tego cało. To bardzo stresujące momenty, którym towarzyszy ogromna niepewność i smutek. Dopiero kiedy widzę, że zawodnik podnosi się o własnych siłach albo daje znak, że wszystko jest w porządku, można odetchnąć z ulgą.

Który moment meczu wywołuje u Ciebie największe ciarki na ciele?

To trudne pytanie, bo takich momentów jest kilka, ale jeśli miałabym wybrać jeden, to zdecydowanie byłoby to wyjście na prezentację razem z zawodnikami. To właśnie wtedy naprawdę dociera do mnie, że za chwilę zaczynamy mecz. Czuć atmosferę stadionu, słychać doping kibiców, a wszyscy są skupieni na tym, co za chwilę wydarzy się na torze.
To moment, w którym pojawiają się największe ciarki. Wtedy myślę już tylko o jednym – żeby nasi zawodnicy pojechali jak najlepiej i żebyśmy wspólnie mogli cieszyć się z wygranej. Myślę, że właśnie wtedy emocje związane z żużlem uderzają mnie najmocniej.

Czy masz swojego ulubionego żużlowca wszech czasów, którego styl jazdy lub charakter najbardziej imponuje Ci na torze?

Jeśli miałabym wskazać jednego zawodnika, to byłby to Darcy Ward. Od zawsze imponował mi swoim stylem jazdy. Jeździł bardzo odważnie, widowiskowo i bez kalkulowania, a jednocześnie potrafił zachować ogromny spokój na torze. Był jednym z tych zawodników, na których po prostu chciało się patrzeć. Cenię go również za charakter i podejście do sportu. Zawsze sprawiał wrażenie osoby, która w każdą gonitwę wkładała całe serce i dawała z siebie sto procent. Myślę, że właśnie dzięki temu zyskał tak duży szacunek kibiców. Dla mnie jest jednym z tych żużlowców, którzy na stałe zapisali się w historii tego sportu i do dziś są wzorem dla wielu fanów.

Kibice widzą Was zawsze idealnie uśmiechnięte, ale co jest najtrudniejszą częścią tej pracy, o której nikt na trybunach nie ma pojęcia?

Myślę, że najtrudniejszą częścią tej pracy jest właśnie utrzymanie uśmiechu wtedy, kiedy wcale nie jest łatwo. Kibice widzą nas pełne energii i pozytywnego nastawienia, ale nie zawsze za kulisami wszystko wygląda idealnie. Zdarza się, że mecz nie układa się po naszej myśli, pojawiają się trudniejsze emocje, czasem między nami zdarzy się jakieś nieporozumienie, a przecież każda z nas ma też swoje życie poza stadionem. Problemy osobiste, gorszy dzień czy zmęczenie nie znikają tylko dlatego, że zaczyna się mecz. Mimo to, kiedy wychodzimy na tor, zostawiamy wszystko za sobą i staramy się dać z siebie sto procent. Myślę, że właśnie to jest najtrudniejsze – umieć odłożyć własne emocje na bok i sprawić, żeby kibice przez cały mecz widzieli tylko uśmiech, dobrą energię i pełne zaangażowanie. To też jest część naszej pracy, choć z trybun często tego nie widać.

Ile czasu przed meczem spędzacie w szatni na przygotowaniach (makijaż, fryzura, dogranie układów)?

Na szczęście niezbyt długo! W moim przypadku przygotowania zajmują około 40 minut. Makijaż mam już opanowany do perfekcji, włosy najczęściej noszę klasycznie proste, więc nie zajmuje mi to zbyt wiele czasu. Układy mamy dobrze przećwiczone, dlatego tuż przed meczem nie musimy już spędzać godzin na próbach. Dzięki temu zostaje nam chwila, żeby pomóc osobom z klubu przy różnych sprawach albo przygotować zdjęcia i nagrania do mediów społecznościowych. Tak naprawdę mamy nawet chwile czasu na nudę.

Czy zdarzyło Ci się kiedyś ze stresu lub zagapienia pomylić kaski i wskazać zawodnikowi zupełnie złe pole startowe? Jak zareagował?

Tak – im więcej dzieje się podczas meczu, tym większa szansa na drobne zamieszanie. Zdarzają się spotkania, podczas których do niektórych biegów wychodzimy po kilka razy, pojawiają się zmiany zawodników czy inne sytuacje zmienne, więc trzeba być maksymalnie skupionym od pierwszego do ostatniego wyjazdu. Pamiętam mecz z Piłą, kiedy tych zmian było naprawdę dużo. W pewnym momencie pojawiła się dosłownie sekundowa pomyłka, ale reakcja była tak ekspresowa, że nikt nawet tego nie zauważył. No prawie nikt, oprócz zawodnika, który pokręcił głową z lekkim niezadowoleniem. Wszystko zostało od razu skorygowane i mecz toczył się dalej bez żadnych konsekwencji. To tylko pokazuje, jak ważna w tej pracy jest koncentracja i współpraca całego zespołu. Każdy czuwa nad tym, żeby wszystko przebiegało sprawnie, dlatego nawet jeśli zdarzy się moment zawahania, jest on natychmiast wychwytywany.

Gdybyś mogła sama zaprojektować stroje dla podprowadzających na kolejny sezon – postawiłabyś na klasyczne spódniczki i topy czy obcisłe, nowoczesne kombinezony?

Szczerze? Ani klasyczne spódniczki i topy, ani obcisłe kombinezony nie są tym, w czym widziałabym podprowadzające. Poszłabym w coś bardziej nowoczesnego, ale jednocześnie z klasą. Myślę o ciekawych kurtkach, najlepiej z ręcznie malowanym logo klubu na plecach – to byłby element, który naprawdę wyróżniałby nas na stadionie. Do tego postawiłabym na wyższe, skórzane buty na obcasie, może z jakimiś klamrami jako dodatki, które pięknie prezentowałyby się podczas prezentacji drużyn czy wieczornych meczów. Dół zostawiłabym raczej klasyczny – czarne legginsy, a na górę prostą koszulkę z haftowanym logo klubu. Całość byłaby elegancka, kobieca i minimalistyczna, ale z odrobiną charakteru i pazura. Uważam, że warto przełamać schemat kombinezonów czy spódniczek, a pójść za czymś nowym. To nie znaczy, że kombinezony, które mamy mi się nie podobają- odwrotnie, są genialne i świetnie się prezentują.

Wiele podprowadzających równolegle rozwija karierę w modelingu. Czy praca przed kilkunastotysięcznym tłumem na trybunach pomaga przełamać barierę wstydu przed obiektywem?

Ja stricte nie poszłam w stronę modelingową. Mam na swoim koncie pare profesjonalnych sesji, lecz nie jest to codziennością, czy pracą. U mnie było trochę odwrotnie. Zdecydowanie większym wyzwaniem było przełamanie bariery przed obiektywem niż wyjście przed kilkunastotysięczną publiczność. Przez długi czas nie czułam się swobodnie podczas sesji zdjęciowych czy nagrań i to właśnie z tym musiałam się oswoić. Jeśli chodzi o występy przed dużą liczbą ludzi, miałam już wcześniej spore doświadczenie dzięki branży tanecznej. Wielokrotnie występowałam na scenie przed naprawdę dużą publicznością, więc kiedy po raz pierwszy wyszłam na stadion żużlowy, nie towarzyszył mi stres związany z tłumem. Oczywiście emocje były ogromne, ale bardziej z ekscytacji niż z tremy. Myślę, że wcześniejsze doświadczenia sceniczne sprawiły, że od razu poczułam się komfortowo.

Na swoim Instagramie chętnie dzielisz się kadrami podkreślającymi sylwetkę. Czy to oznacza, że na co dzień spędzasz długie godziny na siłowni, żeby utrzymać formę „meczową”?

Myślę, że wiele osób może odnieść takie wrażenie, ale w moim przypadku wygląda to zupełnie inaczej. Moja „forma meczowa” nie jest efektem treningów na siłowni. Szczerze mówiąc, ostatni raz byłam na siłowni około trzy lata temu i nie wspominam tego okresu najlepiej. Od wielu lat spędzam godziny na sali tanecznej – zarówno podczas własnych treningów, jak i prowadząc zajęcia. To właśnie ta regularność, intensywność i ruch sprawiają, że utrzymuję dobrą kondycję i sylwetkę. Nie stosuję żadnych specjalnych planów treningowych ani restrykcyjnych diet pod sezon żużlowy. Moja sylwetka wynika po prostu z tego, czym zajmuję się na co dzień, a efekty są niejako naturalną konsekwencją takiego stylu życia.

Czym zajmujesz się na co dzień, kiedy zdejmujesz meczowy strój? Studia, praca, inne ukryte pasje?

Co robię na co dzień? Chyba łatwiej byłoby odpowiedzieć na pytanie, czego nie robię. Na co dzień pracuję w fundacji, gdzie zajmuję się sprawami administracyjnymi – nie będę zanudzać szczegółami, ale pracy zdecydowanie mi nie brakuje. Równocześnie kończę studia licencjackie i już planuję rozpoczęcie studiów magisterskich. Poza tym od lat jestem związana z tańcem. Prowadzę własne zajęcia, ale jednocześnie cały czas się rozwijam – regularnie biorę lekcje, jeżdżę na warsztaty i staram się zdobywać nowe doświadczenia. Od czasu do czasu pojawi się też jakaś sesja zdjęciowa albo ciekawy projekt, więc kalendarz mam wypełniony praktycznie od rana do wieczora. A pomiędzy zawsze staram się znaleźć czas dla rodziny i przyjaciół. Dbam też o swoje małe przyjemności – czasem wystarczy spokojny spacer, dobra kawa, żeby naładować baterie. Myślę, że właśnie taki balans pozwala mi pogodzić wszystkie obowiązki i nadal czerpać z nich satysfakcję.

Gdybyśmy mieli wejść w szczegóły: w jakiej branży pracujesz na co dzień i na czym dokładnie polegają Twoje obowiązki?

Na co dzień działam właściwie w dwóch zupełnie różnych branżach i to chyba właśnie najbardziej mi się w tym podoba. Z eleganckiego stroju wskakuję w oversize ciuchy. Z jednej strony pracuję w fundacji, gdzie zajmuję się sprawami administracyjnymi. To cała biurowa strona działalności – przygotowywanie dokumentów, umów i faktur, organizacja różnych formalności, udział w spotkaniach czy konferencjach oraz wiele innych zadań, które na pierwszy rzut oka nie są spektakularne, ale są niezbędne. Z drugiej strony jest szkoła tańca, gdzie moje obowiązki są zupełnie inne. Oczywiście prowadzę zajęcia i uczę dzieci oraz młodzież, ale to tylko część mojej pracy. Organizuję wyjazdy na zawody, zajmuje się zamawianiem strojów dla grup, przygotowuję pokazy, sprawuję opiekę nad tancerzami podczas wyjazdów, uczestniczę w zebraniach z rodzicami i koordynuję wiele spraw organizacyjnych.

Męska część trybun nie ukrywa, że podprowadzające to dla nich ogromny atut widowiska. Jak reagujesz na wiadomości i komplementy od kibiców w social mediach – to miły dodatek, czy bywa przytłaczające?

Częściej komplementy otrzymuję na żywo niż w social mediach i zdecydowanie bardziej łapią mnie za serce. Mają w sobie coś bardziej autentycznego i zostają w pamięci na dłużej. Po meczach wychodzimy do kibiców, jest czas na wspólne zdjęcia i krótkie rozmowy, więc to właśnie wtedy najczęściej słyszę miłe słowa. Co ważne, te komplementy bardzo często nie dotyczą wyłącznie wyglądu. Kibice zwracają uwagę również na moje zaangażowanie, sposób, w jaki wykonuję swoją pracę czy atmosferę, którą tworzę z innymi podczas meczów. To pokazuje, że nie jestem odbierana wyłącznie przez pryzmat wyglądu, ale także tego, co wnoszę do całego widowiska. Dlatego odbieram to jako bardzo miły dodatek. Jeśli ktoś potrafi z szacunkiem docenić zarówno naszą pracę, jak i wygląd, to jest to po prostu sympatyczne i motywujące.

Czy uważasz, że uroda pomagaja Ci w życiu zawodowym, czy czasami musisz przez to mocniej udowadniać, że masz do zaoferowania o wiele więcej niż tylko świetny wygląd?

To bardzo dobre pytanie i myślę, że odpowiedź zależy od branży. W pracy biurowej nigdy nie odczułam, żeby wygląd w jakikolwiek sposób mi pomagał albo przeszkadzał. Tam liczą się przede wszystkim kompetencje, organizacja i to, jak wykonuje się swoje obowiązki. Trochę inaczej wygląda to w tańcu. Mam wrażenie, że tam czasami trzeba nawet bardziej udowadniać swoje umiejętności. Zdarza się, że ktoś najpierw oceni Cię po wyglądzie, a dopiero później dostrzeże ilość pracy, doświadczenie i wiedzę, które za tym stoją. Dlatego zawsze staram się, żeby to moje umiejętności i zaangażowanie mówiły same za siebie i nikt nie poczuł wątpliwości.
Uważam, że wygląd może zwrócić czyjąś uwagę na kilka sekund, ale to charakter, kompetencje i ciężka praca decydują o tym, jak zostaniesz zapamiętany.

Jak na Twoje odważniejsze zdjęcia w internecie oraz pracę na stadionie reaguje Twoja rodzina lub partner? Są dumni, czy czasem pojawia się zazdrość?

Myślę, że przede wszystkim warto sprostować jedno – moje materiały na Instagramie są bardziej artystyczne niż odważne. Staram się, żeby były estetyczne i zrobione ze smakiem, dlatego nie wywołują wśród moich bliskich żadnych negatywnych emocji. Jeśli chodzi o pracę na stadionie, to rodzina bardzo mnie wspiera. Są dumni z tego, że realizuję swoje cele i robię coś, co sprawia mi satysfakcję. Co ciekawe, dzięki mnie sami poznali bliżej świat żużla i dziś dużo lepiej rozumieją ten sport, więc często kibicują razem ze mną. Mój partner z kolei nie jest wielkim fanem żużla. Jeszcze. Doskonale rozumie, że to część mojej pracy. Nigdy nie dawałam mu powodów do zazdrości i myślę, że zaufanie jest tutaj kluczowe. Wspiera mnie w tym, co robię, a to jest dla mnie najważniejsze.

Ulubiony sposób na totalny reset i odcięcie się od świata po głośnym, pełnym emocji weekendzie meczowym?

To zależy od tego, gdzie oglądam mecz. Jeśli wracam ze stadionu, to moim ulubionym sposobem na reset jest droga do domu. Czeka mnie wtedy około półtorej godziny samotnej jazdy samochodem i wbrew pozorom, to dla mnie idealny moment na wyciszenie. Bardzo często jadę bez muzyki, bez dodatkowych bodźców, po prostu zostaję sama ze swoimi myślami. To wystarcza, żeby emocje po meczu powoli opadły. Zdarza się też, że zaraz po meczu muszę wskoczyć w kolejną rolę i wrócić do codziennych obowiązków, więc nie zawsze mam czas na długie analizowanie tego, co wydarzyło się na torze. Natomiast jeśli oglądam mecz w domu, mój sposób na idealny wieczór jest dużo prostszy – dobra kawa i coś pysznego do jedzenia. Czasami właśnie takie małe rzeczy najlepiej pomagają się zresetować po całym dniu pełnym emocji.

Opowiedz o swoich tatuażach

Mam w sumie pięć tatuaży i każdy z nich ma dla mnie jakieś znaczenie. No prawie każdy. Nie robiłam ich przypadkowo ani tylko ze względów estetycznych. Pierwszym tatuażem była tancerka na prawej nodze. To pamiątka po ważnym dla mnie momencie – poprowadzeniu pierwszych zajęć tanecznych. Chciałam mieć coś, co będzie mi przypominało, od czego wszystko się zaczęło. Od wewnętrznej strony bicepsa mam koniczynkę, która klasycznie symbolizuje szczęście. Na obojczykach znajdują się listka, które są bardziej ozdobą niż znaczącym symbolem. Jest też tatuaż na dłoni, najbardziej charakterystyczny, który ma dla mnie wyjątkowo osobiste znaczenie. To jeden z dwóch, którego historii nie zdradzam i myślę, że niech tak zostanie. Zostawiam pole do wyobraźni.

Dokończ zdanie: „Sezon 2026 będzie dla mnie i mojego klubu udany, jeśli…”

Zakończymy sezon na jak najwyższym miejscu w tabeli oraz żeby cali i zdrowi w pełnym składzie dojechali do mety.